Forum Anastazja Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

Pamiętnik Ani

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Anastazja Strona Główna -> Fanfiction
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kamahontas
Cesarzowa Wszechrusi



Dołączył: 10 Cze 2012
Posty: 59
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kraków

PostWysłany: Pon 0:44, 25 Cze 2012    Temat postu: Pamiętnik Ani

Opowiadanie chyba starsze niż "Bałagan" (a przynajmniej tak mi się wydaje). Tak naprawdę nie ma tytułu, ale coś musiałam wpisać w temacie.

___________________________________________________________


Rosja, 1916

- Upadła na peron. Słyszałem jak wołała babcię, a potem zobaczyłem ją nieprzytomną, na torach.- Usłyszałam nieznany głos, dobiegający jakby z oddali.
- Więc zaraz pobiegłam po pana, doktorze. - Dodał ktoś inny.
Otworzyłam oczy. Nie miałam pojęcia kim jestem i skąd jestem. Nade mną stało troje ludzi, dwóch mężczyzn i kobieta.
- No, mała, jak się czujesz? - Zapytał mnie wysoki mężczyzna, ubrany w biały kitel.
- Boli mnie głowa. - Mruknęłam.
- Jak masz na imię? - Zapytała kobieta.
- Nie ... Nie wiem. - Odparłam trochę bełkotliwie. - Gdzie ja jestem?
- W punkcie medycznym na dworcu kolejowym.

Mężczyzna w kitlu chodził wokół sofy, na której leżałam.
- A więc reasumując. Mała nie ma pojęcia skąd jest. I nie pamięta nawet swojego imienia. Zadzwońcie mi zaraz po Phlegmenkoff. Oby tylko miała miejsce w ochronce. Dzieciakowi nic nie będzie. - Zakończył lekarz.

Dopiero wtedy całkowicie oprzytomniałam. Powoli usiadłam i zauważyłam mały wisiorek na mojej szyi. Zaczęłam go nerwowo obracać w palcach. "Razem w Paryżu", głosił napis na jego odwrocie. Co to jest Paryż? Nie miałam pojęcia
Nie zwracano już na mnie większej uwagi, do póki do pokoju nie wparowała gruba, przerażająca kobieta o czarnych włosach i wściekłym spojrzeniu.
- Phlegmenkoff, macie jeszcze miejsce w waszej ochronce?
- Tak. – Warknęła. – Mam już sto bachorów na głowie, ale jest jeszcze miejsce dla paru.
- Świetnie. Macie więc kolejną podopieczną. Niestety z całkowitą amnezją.
- Przynajmniej nie będzie się stawiać. – Skomentowała.

Babsko wywlokło mnie z dworca i poprowadziło przez zatłoczone miasto, aż na peryferie, do odrapanego, prawie walącego się budynku, który w świetle wschodzącego słońca wyglądał jak z najgorszego koszmaru.
- Skoro nic o sobie nie wiesz, będziesz teraz nazywać się Ania. – Zakaszlała, niemiłosiernie przy tym charcząc. – Pospolite imię dla pospolitej przybłędy. I powinnaś być mi wdzięczna, że wzięłam cię pod opiekę.
Słuchałam tej przemowy w milczeniu. Myślałam. Coś zaczęło mi się przypominać. Paryż ... Chyba miałam tam jechać, a ... albo iść? I dlaczego na wisiorku był napis „Razem w Paryżu”? Wiedziałam, że kiedyś sobie przypomnę!

Z zamyślenia wyrwał mnie skrzek dyrektorki.
- Słyszałaś co do ciebie powiedziałam?
- No pewnie, towarzyszko Phlegmenkoff.
Spiorunowała mnie wzrokiem i ruszyła dalej.

Weszłam za nią do tego, co nosiło nazwę sierocińca. Kazała mi zaczekać w hallu. Rozglądałam się po pomieszczeniu. Było okropne! Smród gnijącego drewna przemieszany z odorem starej, kiszonej kapusty, przyprawiał mnie o mdłości.
Kiedy docierałyśmy do ochronki było już jasno, ale w budynku panował mrok. Przyjrzałam się oknom – były oblepione brudem! Co za straszne miejsce! I ja miałam tutaj zostać? Na jak długo?
- Zbiórka na dole za trzy minuty! – Usłyszałam wrzask dyrektorki.
„Będzie ciekawie ...” Pomyślałam z ironią.

Zaraz po wrzasku, przede mną, stanęła setka dzieci. Wszystkie dziewczynki były sporo młodsze ode mnie. Chłopcy i starsi i młodsi, przeważali w grupie.
Po schodach zbiegła Phlegmenkoff i stanęła przed sierotami, przykładnie, ustawionymi w dwuszeregu.
- No, nędznicy, macie tu towarzystwo. – Pchnęła mnie w ich stronę, tak mocno, że prawie upadłam, ale jeden z chłopców mnie złapał. – Nazywa się Ania. – Kontynuowała dyrektorka. – Nie wie kim naprawdę jest, więc nie będzie miała wam zbyt dużo do powiedzenia. – Popatrzyła na mnie morderczym wzrokiem. – Co tam masz na szyi? – Uważnie obejrzała kluczyk. – „Razem w Paryżu”. No, coś już wiemy. Będzie próbowała zwiać do Francji. – Zarechotała.

Mieszkańcy ochronki, nie licząc rzecz jasna Phlegmenkoff, polubili mnie. Szczególnie zaprzyjaźniłam się z tym chłopcem, który mnie złapał. Miał na imię Ilia i przybył tu kilka dni wcześniej, wraz ze swoją siostrą Katią. Dzielił nas zaledwie rok różnicy, ale on był już dorosłym w skórze siedmiolatka. Byliśmy nierozłączni, jakbyśmy byli rodzeństwem. Zawsze razem. Jedno pomagało drugiemu. Katia była najmłodsza w sierocińcu, w dniu kiedy ją poznałam miała ledwie dwa lata.

- Aniu, czy kiedyś pojedziesz do Francji, szukać rodziny? – Zapytał kiedyś Ilia.
- Tak. Kiedy tylko, opuszczę tan moloch. Ale wrócę po was. Obiecuję!


Minęły dwa lata odkąd Phlegmenkoff przyprowadziła mnie do sierocińca. To był okres niekończącej się walki z dyrektorką o normalne traktowanie.
- Zachowujesz się jak jakaś księżna. A przyszło to z nikąd, żałosne, zagłodzone i nie ma w ogóle wdzięczności! – Wrzeszczała wypychając mnie za próg sierocińca. – Co za niewdzięcznica!
W duchu mówiłam razem z nią. Znałam to na pamięć. Codziennie ta sama śpiewka. Zastanawiałam się tylko, skąd przyszedł jej do głowy pomysł, że byłam zagłodzona. Przecież nie minęło dwanaście godzin od mojego wypadku, a już byłam w ochronce.
- A teraz zasuwaj po zakupy! A zgubisz choćby kopiejkę ...!
- Muszę iść sama? Jak zobaczą małą dziewczynkę, natychmiast mnie oszukają.
- Ilia, Katia! – Zaskrzeczała.
Oboje stanęli przed dyrektorką w ułamku sekundy, ubrani w biedne, wytarte płaszcze i niezbyt nowe czapki i rękawiczki.
- Pójdziecie z Anią po zakupy. A jak zgubicie jakąś kopiejkę, to siedzicie na poddaszu przez dwa dni! Zrozumiano?
- Tak, towarzyszko Phlegmenkoff.

Gdy tylko sierociniec zniknął z naszych oczu, rozluźniliśmy się.
- Nareszcie bez dyrektorki. Mamy kilka godzin luzu. – westchnęłam z ulgą.
- Przyznaj się. Znowu dała się na brać na twój trik, że ktoś cię oszuka i nie możesz iść sama. – Zachichotał Ilia. – Ona jest głupsza, niż ustawa przewiduje! Przecież ciebie nikt nie wyroluje. Raczej ty potrafisz każdego omamić.
Cała nasza trójka parsknęła głośnym śmiechem.
- I jest mało spostrzegawcza. Nie widziała, ze jesteśmy już ubrani. – Katia jak zwykle zwracała uwagę na szczegóły.
- Masz rację. Co za tępy kołtun!
Znowu dostaliśmy ataku niepohamowanego śmiechu.

Szliśmy dobrze znaną nam trasą do wioski rybackiej. Właściciele przydrożnych gospodarstw już nas znali. To głównie my chodziliśmy po zakupy, bo ani razu nie zgubiliśmy, ani nie pomyliliśmy się w liczeniu, pieniędzy.
- Zdrastfujtie. – Zawołała jedna z gospodyń. – Widzę, że dyrektorka znów wysłała wasze trio. Wejdźcie. Pewnie, jak zwykle, biedaczyska wy moje, macie pustą spiżarnię. W końcu tylko w takiej sytuacji ktoś z ochronki idzie do wioski rybackiej, zwłaszcza zimą, kiedy śniegu jest do kolan, a mróz szczypie w twarz.


Uwielbialiśmy ten mały, przytulny, drewniany domek. Kobieta mieszkała w nim sama, ale kilka domostw dalej był dom jej córki, więc nie mogła narzekać na samotność.
Kuchnia zawsze była wypełniona zapachem świeżo upieczonego chleba i cynamonu.

Na stole przed nami, babuszka, jak zwykliśmy nazywać gospodynię, postawiła mleko, kilka jabłek i, ku szczególnej radości Katii, ciepłe jeszcze bliny posypane cukrem i cynamonem. W ochronce, nawet nie mogliśmy pomarzyć o czymś takim!
- Wiem, że to niewiele, ale coraz trudniej o wszystko. Ta rewolucja niczego nie polepszyła, a wręcz przeciwnie, z każdym dniem jest gorzej. A narzekaliśmy na rządy cara Mikołaja.

Dziwne ... Skąd ja znam to imię ...? Jakby niewyraźne wspomnienie przemknęło przez moją głowę.
- Aniu stało się coś? – Zaniepokoił się Ilia. – Nagle strasznie pobladłaś. Dobrze się czujesz?
- Co? Nie, nic. Wszystko w porządku. – Odparłam z wymuszonym uśmiechem.

Dwadzieścia minut później znowu byliśmy w drodze do wioski rybackiej. Kieszenie naszych biednych, połatanych płaszczy były wypełnione blinami i jabłkami, a za pazuchą każde z nas miało mieszek z trzema rublami. To były chyba nasze pierwsze pieniądze, które mogliśmy przeznaczyć na nasze własne potrzeby.
Każde z nas chciało coś innego. Ilia marzył o elementarzu, który widział na wystawie małej księgarenki w miasteczku. Katia, chciała jakieś słodycze i normalną zabawkę, których nie było w sierocińcu. Ja, postanowiłam zachować te ruble na czarną godzinę, gdyby potrzeba było czegoś niezbędnego do życia.

Patrzyłam na rozradowanego Ilię. Po raz pierwszy od dłuższego czasu pokazał, że jest jeszcze dzieckiem. Zawsze był opanowany, a uczucia ukrywał pod maską spokoju i powagi. Cieszyła mnie jego euforia. Katii, najwyraźniej udzielił się nastrój brata, bo oboje podskakiwali radośnie i rzucali w siebie śnieżkami.
- Nareszcie nie będziemy umierać z nudów podczas długich dni kary na poddaszu. Przemycimy tam nasz elementarz i ... W spokoju nauczymy się wszystkiego co nam potrzebne, żeby móc normalnie żyć w przyszłości! – Entuzjazmował się chłopiec.
Teraz i ja przyłączyłam się do ich zabawy śniegiem, i przyłożyłam mu z impetem, kulką śnieżną.
- Lepiej nie chwal dnia przed zachodem słońca. Jeszcze nie masz tej książki. Skąd masz pewność, że ktoś jej nie kupił?
W odwecie Ilia przewrócił mnie na zaspę i wsypał śnieg za kołnierz.
- Ty potworna pesymistko! Nawet tak nie mów.
- Nie jestem pesymistką, tylko realistką. Po prostu nie chcę, żebyś się gorzko rozczarował. Nic poza tym.
Znowu zaczęliśmy się śmiać. Jak cudownie było choćby przez chwilę być wolnymi. Nikt nie krzyczał, że się bawimy i śmiejemy. Szkoda, że nie mogliśmy już tak zawsze ...

Robienie zakupów w wiosce nie zajęło nam zbyt dużo czasu, tutaj nie było kolejek. Miasteczko liczyło może 200 mieszkańców, oprócz potwornego zapachu ryb, osada miała swój urok. Była tu nawet szkoła, ale dzieciom z ochronki, dyrektorka nie pozwalała się uczyć. Wolała rządzić analfabetami, niż kimś, kto mógłby wiedzieć coś więcej od niej samej.
Gdy kupiliśmy wszystko, co było na liście Phlegmenkoff, jak zwykle, z przestrachem, liczyliśmy resztę.
- Zostało nam dwa ruble i osiemdziesiąt kopiejek. A ile płaciliśmy?
- Pięć dwadzieścia. A dyrektorka dała nam osiem rubli. Poczekaj, osiem odjąć dwa osiemdziesiąt, daje pięć dwadzieścia. No, wszystko jest jak należy. Chociaż prawie wykiwali nas na dwa ruble!
- Ale w porę to zauważyłaś. Mielibyśmy przekichane.
- Mhm. A teraz, chodźmy zobaczyć czy jest jeszcze ta twoja książka. – Chciałam jeszcze raz zobaczyć ten błysk radości w jego oczach.
Prawie biegliśmy do najmniejszego ze sklepików w wiosce. Ilia zaczął przetrząsać półki, a uwagę Katii przykuł pluszowy miś na wystawie. Rozglądałam się po sklepie. Mały, ale miał w sobie coś sympatycznego. Zauważyłam, że na jednej z półek jest identyczny miszka, jak ten, którym zainteresowała się Katia.
„Dwa ruble ... Cóż byśmy z Ilią dali, żeby zrobić przyjemność małej.” Pomyślałam.
- Słuchaj, chyba wiem co kupić naszej Katii. Widzisz tego miszę? Identycznemu właśnie się przypatruje. Mielibyśmy dla niej świetny prezent urodzinowy.
W powietrzu błysnęła moneta; złapałam ją.

-Aniu, zaraz dojdziemy do naszego więzienia, i nie będziemy mieli okazji, żeby swobodnie porozmawiać. – Zaczął Ilia, gdy doszliśmy już do rozstaju dróg koło ochronki. – Nie wykręcisz się. Powiedz, szczerze, co się stało w domku babuszki? Powiedziała coś o carze, a ty pobladłaś. Co się stało?
- Sama nie wiem ... To było coś dziwnego, jak niewyraźne wspomnienie ... Jakbym kiedyś znała cara ... – zmieszałam się. – Nie, to bez sensu. Znać władcę Rosji ... Gadam od rzeczy.
- Wcale nie. Może nawet tak było? Nikt z nas tego nie wie.


- Znowu się obijaliście! Gdzieżeście się włóczyli? Dawać zakupy, resztę i marsz na górę i nie macie prawa wyściubić nosa z poddasza przez następne dwa dni! No jazda!
- Tak jest, towarzyszko Phlegmenkoff. – Udawaliśmy smutnych, ale tak naprawdę bardzo nam to odpowiadało. Dwa dni bez dyrektorki! Coś wspaniałego, to była nagroda, a nie kara. Często specjalnie robiliśmy coś żeby ją rozsierdzić. Kończyło się to zawsze siedzeniem na górze. Dziwne, że jeszcze się nie domyśliła czemu tak często rozrabiamy.
Zabraliśmy nasze rzeczy z pokoju i wręcz przefrunęliśmy po schodach na poddasze.

Pokój, o ile można to było tak nazwać, był mały i ciemny, ale lubiliśmy go. Jeszcze nawet miał podłogę! Pod jedną z klepek mieliśmy swoją kryjówkę, gdzie mogliśmy chować nasze małe skarby. Tym razem powędrowały tam mieszki z pieniędzmi. W ścianie, też była skrytka. Jakiś czas temu Ilia podprowadził z kuchni pudełko z orzechami, więc mogliśmy opróżnić kieszenie naszych płaszczy.
- Dyrektorka będzie fioletowa ze złości, bo ta kara nie zrobi na nas żadnego wrażenia.
- Da. Ona nawet nie ma pojęcia, że wyświadcza nam tym przysługę. Cały jutrzejszy dzień spędzimy bez oglądania jej wściekłej miny, bez nieustannego zrzędzenia.

Następnego ranka wstaliśmy z Ilią zaraz po świcie. Cichutko, tak żeby nie obudzić Katii, zaczęliśmy krzątać się po pokoju. Otworzyliśmy okno, zgarnęliśmy pierwszą warstwę śniegu, która była pokryta sadzą z komina, i zagarnęliśmy bialutki, puszysty śnieg. W pokoju było bardzo ciepło, gdyż przylegał on do ściany kominowej. To dlatego tak lubiliśmy coś przeskrobać zimą. Przynajmniej nie marzliśmy tak jak na dole, chociaż i tak nie mogliśmy narzekać.
- Katia się zdziwi, jak zobaczy tego miszkę. Mówił ci już ktoś, że jesteś genialna?
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi. "Nie, Ilia, nikt" pomyślałam.

Kiedy wszystko, czym chcieliśmy zaskoczyć małą, było gotowe, obudziliśmy Katię.
- Hej, hej. Wstawaj już śpiąca królewno. - Zawsze mnie rozśmieszał sposób w jaki Ilia budził siostrę. Siadał na łóżku obok niej i łaskocząc ją jakimś piórkiem, czy czymś w tym rodzaju, wołał do niej "śpiąca królewno". No tak, w końcu każda samotna dziewczynka marzy, że jest królewną. Szkoda, tylko, że tak nie może być w rzeczywistości ... Przecież księżniczki i królewny, zawsze, mieszkały w pięknych pałacach, a nie w biednej, podupadającej ochronce. Nawet w bajkach. Odrzuciłam posępne myśli i podeszłam do Katii, trzymając w ręce małego, pluszowego, brązowego miszkę.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! - Ilia i ja, zawołaliśmy równocześnie.
Radości i śmiechom nie było końca. Katia była zachwycona prezentem. To była jej pierwsza zabawka odkąd rodzeństwo zostało zabrane do sierocińca. Taki maluch, a potrafiła sobie z tym poradzić. Dobrze, może nie wiele pamiętała, z czasów kiedy mieszkali z rodzicami, ale mogę się założyć, iż doskonale wiedziała, że może istnieć inne życie. Bez ciągłego nadzoru, z ciepłym miejscem przy kominku i, przede wszystkim, kochającą rodziną. Staraliśmy się z Ilią, żeby choć w najmniejszej części zrekompensować małej te braki. Nam nie było to aż tak potrzebne jak czteroletniej, zagubionej dziewczynce.

Następne dwa dni minęły nam na opowiadaniu sobie historyjek o dokuczliwych chochlikach i złej Babie Jadze. Oczywiście zawsze dobro zwyciężało, a źli bohaterowie dostawali za swoje. W kącie znalazłam stary, szary mop. Wyglądał dokładnie jak posiwiałe już włosy Phlegmenkoff. Użyłam go jako peruki i zaczęłam naśladować charczący kaszel dyrektorki.
- Co za niewdzięcznica. - Przedrzeźniałam. - Przyszło to z nikąd. Żałosne, zagłodzone i nie ma w ogóle wdzięczności. - Udało mi się nawet podrobić jej chód i gestykulację. Wygłupialiśmy się tak do późna. Gdy dopaliła się nasza ostatnia świeca, poszliśmy spać.

- No, niewdzięcznicy! Wstawać. Koniec kary. - Obudził nas skrzek dyrektorki.
"O nie. Tylko nie to. Kolejny dzień harówki. Ciekawe co tym razem dla nas wymyśliła ..." Pomyślałam wstając, z tego, co powinno zwać się łóżkiem.
Drzwi otworzyły się i do pokoju weszła Phlegmenkoff.
- Dzisiaj, przyjeżdża kontrola, więc macie zachowywać się jak należy, jasne?
- A czy w związku z tym, dostaniemy jakieś czyste ubrania? Bo jak kontrola zobaczy obtartych i brudnych uliczników, to jeszcze każe wam zamknąć ochronkę i co wtedy? Nie dość, że wy, towarzyszko Phlegmenkoff, stracicie posadę, to osiemdziesiątka dzieci straci dach nad głową. - Nie dbałam o to, czy dostanę burę za moją impertynencję. I tak nie mogła dać mi dzisiaj żadnej kary, bo Bolszewicy daliby jej popalić. A wszystkie sieroty, faktycznie nie miałyby się gdzie podziać.
- Znajcie moją dobroć. Ubrania, są w skrzyni na dole. I powiedzcie reszcie, że zbiórka jest za pięć minut!
Znałam te "ubrania" ze skrzyni. Stare, połatane, o potwornym zapachu kurzu przemieszanego z czymś, czego nawet nie umiałam opisać. No, ale i tak wyglądały lepiej od tych, które nosiliśmy na co dzień.

I rzeczywiście kontrola zjawiła się tuż przed jedenastą rano. Dwóch potężnych mężczyzn ubranych w zielone mundury i czapki z czerwoną gwiazdą, a na niej złotymi sierpem i młotem, zlustrowało wzrokiem wszystkich mieszkańców ochronki. Nie miałam pojęcia, czemu, ale szczególnie bacznie przyglądali się mnie. Jeden z Bolszewików kazał mi wyjść z szeregu.
- Jak się nazywasz? - Zahuczał.
- Ania. - Odparłam z przestrachem.
- Nazwisko!
Popatrzyłam na usatysfakcjonowaną Phlegmenkoff. Wiedziałam z czego tak się cieszyła. Nie znałam swojego nazwiska.
- Nie mam pojęcia, towarzyszu. - Odparłam już pewniej. - Jestem w tej ochronce od ósmego roku życia. Trafiłam tu po wypadku, w którym straciłam pamięć.
Kontrolerzy nadal bacznie mi się przyglądali.
- Gdzie miałaś ten wypadek?
- Ponoć na dworcu kolejowym w Leningradzie, towarzyszu.
W końcu dali mi spokój i ruszyli na kontrolę pomieszczeń.

- Już myślałem, że to ta zaginiona Anastazja. Ta mała wygląda identycznie. - Usłyszałam jeszcze głos jednego z Bolszewików, gdy wchodzili na górę.
"Jaka znowu Anastazja?" Zastanawiałam się. Szczególnie dziwne było dla mnie to, że mimo iż w sierocińcu nie ma ani jednej dziewczynki o tym imieniu, nie było mi ono obce. "Dziwne, może ... Nie, to idiotyzm!" Zbeształam się w myślach.

Kilka dni później posłano nas po zakupy do wioski rybackiej. Jak zwykle weszliśmy do domku babuszki. Bardzo lubiliśmy z nią rozmawiać. Przed laty mieszkała w Sankt Petersburgu, ale w czasie rewolucji, przeniosła się za miasto.
- Niedawno mieliśmy kontrolę w sierocińcu. Poszła tak dobrze, że Phlegmenkoff dała nam spokój z jakimikolwiek robotami na trzy dni!
- No, proszę nawet w niej można dopatrzeć się dobra. - Zauważyła ironicznie gospodyni. - I co, Bolszewicy rozmawiali z dziećmi?
- Tylko ze mną. Bardzo dziwnie na mnie patrzyli. Wypytywali o imię i nazwisko. Bardzo dziwni ludzie. A na koniec, kiedy już szli na górę jeden powiedział szeptem do drugiego, że wyglądam identycznie jak Anastazja. Nie wiesz, babuszka, o kogo im mogło chodzić? Aha, dodali, że ona zaginęła.
- Ach, to pewnie mówili o najmłodszej córce cara. Podobno istnieje możliwość, że przeżyła rewolucję. Słyszałam o tym, jeszcze zanim wyjechałam z Petersburga. W nocy, gdy wybuchła rewolucja, ponoć bezpiecznie opuściła Pałac Zimowy. Faktycznie, jesteście jak dwie krople wody. - Zakończyła staruszka.

I tak mijały kolejne lata. Ale Rok 1923, był dla naszego trio przełomowy.
Pewnego popołudnia do ochronki przyszło małżeństwo w średnim wieku. Domyśliliśmy się z Ilią, że przyszli po któreś z dzieci. Kiedy tylko weszli do pokoju dyrektorki i zamknęły się za nimi drzwi, natychmiast zaczęliśmy podsłuchiwać.
Okazało się, że to państwo Wałasznikow; rodzice dwójki najbliższych mi osób.
- Aniu, to nie możliwe! Przecież naszych rodziców zabili Bolszewicy! Dlatego trafiliśmy tutaj. Ukryli nas w piwnicy, a sami oddali się w ręce władz. To nie mogą być oni! a poza tym nie pójdziemy bez ciebie! Jesteś naszą siostrą!
- Ilia, wiesz, że nie. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, ale niestety, nie rodziną. - Chłopak miał łzy w oczach. - Ja nie chcę iść bez ciebie! Rozumiesz?
- Mnie też nie jest wesoło, że stracę kogoś tak bliskiego jak wy, ale spójrz na to z dobrej strony. Wasi rodzice żyją! Odnajdziecie wymarzony dom. A może kiedyś się spotkamy? Może kiedy stąd sobie pójdę i również znajdę rodzinę, odszukam was i wszystko wam opowiem? Nigdy nie wiadomo co się wydarzy w przyszłości. Wytrzymajmy te trzy lata. - Byłam smutna, ale nie pozwoliłam sobie na płacz, nie kiedy pocieszałam Ilię.
Ale on nie słuchał. Wparował do pokoju, w którym toczyła się rozmowa i wrzasnął na całe gardło:
- Bez Ani nigdzie nie idziemy!!! - Płakał kiedy to mówił. - Co mi po domu, gdy nie będzie on kompletny? Ania jest dla mnie drugą siostrą! A rodzina zawsze trzyma się razem!
Państwo Wałasznikow bardzo się zdziwili reakcją syna. Ale wykazali zrozumienie i zaraz zapytali dyrektorkę:
- Towarzyszko Phlegmenkoff, czy możemy zabrać także Anię?
Nie znali mnie nawet, ale chcieli zabrać z ochronki do swojego domu?? "Dlaczego?" Niesamowicie mnie to zaskoczyło. Postanowiłam jednak zadziałać.
- Ilia, nie rób głupstw. Poradzę sobie. Idź powiedz Katii, że nareszcie wrócicie do domu. Że już nie musicie być pomiatani i wykorzystywani. - Specjalnie dobierałam słowa, żeby dopiec dyrektorce.
- Ponawiam pytanie, towarzyszko Phlegmenkoff. - Powiedział z naciskiem ojciec rodzeństwa.
- Nie, władze i tak będą mi kazały uzasadnić pozwolenie na opuszczenie sierocińca przez dwójkę dzieci. Nie mam zamiaru dodawać sobie papierkowej roboty z trzecią przybłędą.
- Jednak, nalegam.
- NIE! - Warknęła wściekle dyrektorka.
Ilia wybiegł z pokoju zalany łzami. A ja stałam oniemiała.
- A więc to ty jesteś Ania? Dawno tu jesteś? - Zapytała mama rodzeństwa, gdy opuściliśmy pokój dyrektorki i przeszliśmy do hallu.
- Tak, to ja. Towarzyszka Phlegmenkoff przyprowadziła mnie tu w noc rewolucji. Miałam wypadek na dworcu kolejowym i straciłam pamięć. Nie znam swojego prawdziwego imienia. Anią nazwała mnie dyrektorka.
- Widzę, że zawsze byliście nierozłączni, tak? Ilia traktuje cię jak siostrę.
- Zgadza się. Przez ostatnie siedem lat wspólnie opiekowaliśmy się Katią.
- Dziękujemy ci za to. Wybacz, że nic nie wskóraliśmy u dyrektorki. Wierz nam, chcielibyśmy cię zabrać z tego okropnego miejsca.
Uśmiechnęłam się. Oni naprawdę żałowali!
- Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś państwa spotkam. Może kiedy odnajdę własną rodzinę? Ale to chyba nie możliwe ... Ja do Paryża?
- Do Francji? - Zdziwił się pan Wałasznikow.
- Tak, mój kluczyk ma napis "Razem w Paryżu" - Odparłam pokazując wisiorek.
- Oby tak się właśnie stało, Aniu. Powodzenia. - Wtedy po raz pierwszy odkąd pamiętałam, nie licząc Ili i Katii, ktoś mnie przytulił. - Trzymaj się. Widzę, że nie macie łatwego życia pod opieką Phlegmenkoff.
Już nic nie powiedziałam, bo Ilia i Katia byli już na dole ze spakowanymi walizkami.
- To jednak WY pierwsi opuszczacie tą ruderę. Szczęściarze z was. Do zobaczenia! Kiedyś was odszukam. - Uściskaliśmy się i cała czwórka wyszła z budynku. wybiegłam na górę i przez okno patrzyłam jak kompletna, teraz rodzina oddala się w kierunku rozstaju dróg.


Minął kolejny rok życia w ochronce. Ten okres zmienił mnie najbardziej. Już nie miałam nikogo tak bliskiego jak Ilia i Katia. Teraz musiałam martwić się o siebie sama. Brakowało mi kogoś bliskiego, kogoś komu mogłabym zaufać. Rozumiałam więc maluchy, które rozpaczliwie poszukiwały kogoś takiego. Miałam 16 lat i byłam najstarsza w ochronce. Ponad połowa jej mieszkańców, albo tak jak Katia i Ilia, znalazła domy, albo po prostu skończyła 18 lat i rozpoczęła dorosłe życie.

Stałam przy oknie wpatrując się w krople deszczu pokrywające szybę. Powoli, przez chmury zaczęły przedzierać się promienie słoneczne, rzucając tęczowe refleksy na moim szarym ubraniu. Co za łachmany! Spojrzałam na swoje buty; za duże, ze startą zelówką, koszmar. I pomyśleć, że dopóki nie nadejdzie dzień, gdy się stąd wyniosę, będę musiała nosić te tragiczne łachy.
Zastanawiałam się jak jest moja rodzina. Na pewno nie są to ludzie biedni. Świadczyć o tym może mój wisiorek, czy choćby mały brązowy płaszczyk, który miałam na sobie kiedy tu przyszłam.
- Aniu! Na dole za minutę! - Na dźwięk głosu dyrektorki, aż podskoczyłam.
- Już idę, towarzyszko Phlegmenkoff. - Zawołałam, będąc w połowie schodów.
- Znowu się obijasz! - Zachowujesz się jak jakaś księżna, a przyszło to ...
- znikąd, żałosne, zagłodzone i nie ma w ogóle wdzięczności. - Dokończyłam za dyrektorkę. - A teraz, co mam zrobić?
Phlegmenkoff zrobiła się czerwona ze złości.
- Z każdym dniem jesteś bardziej bezczelna!
Tym razem nie słuchałam tego w milczeniu, tylko odparowałam.
- Być może, ale gdybym była układna, już dawno bym zwariowała.
Teraz dyrektorka zaczęła dygotać.
- Marsz na dwór! Przekopiesz cały ogródek, a potem przyniesiesz wodę!
Wyszłam bez słowa, zadowolona, że przez kilka godzin będę miała spokój.

Każdego roku, ochronka podupadała bardziej. Już tydzień minął odkąd odcięto bieżącą wodę, więc musiałam gonić z wiadrami, w tą i na zat.

- No, szybciej! Masz wszystko skończyć przed obiadem!
Miałam już dość. Byłam rozdrażniona. Po deszczu było jeszcze bardziej parno, niż rano. Upał dawał się we znaki. Ubranie lepiło mi się do ciała. Zastanawiam się czy to był przypadek, czy też nie. Potknęłam się o nogę dyrektorki i zaryłam twarzą w rozkopaną, gliniastą ziemię.
Wstałam najszybciej jak potrafiłam i wróciłam do roboty. W końcu każdemu może się zdarzyć upadek. Widziałam zaskoczenie malujące się na twarzy Phlegmenkoff. Wiedziałam, że chciała pośmiać się ze mnie, ale nie dałam jej tej satysfakcji.
Reszta mieszkańców sierocińca obserwowała tę scenkę. Musieli się dziwić, że się nie poddałam. No, ale wiedzieli, że trudno jest wyprowadzić mnie z równowagi.
Im bliżej do końca przekopywania, tym bardziej byłam zła. Z każdą chwilą więcej gliny lepiło się do mojego ubrania.
Skończyłam! Po dwugodzinnej męczarni przekopałam cały ogródek. Niestety, przez cały ten czas Phlegmenkoff stała nade mną i popędzała.
- A teraz, marsz po wodę! - Zakomenderowała.
- Już idę, towarzyszko Phlegmenkoff.
Nareszcie mogłam się wyrwać! Wzięłam dwa duże, blaszane wiadra i poszłam nad pobliski strumień.
Skorzystałam z okazji i pierwsze co zrobiłam, po dotarciu na miejsce, wskoczyłam w nurt zimnej, rwącej wody. Zanurkowałam. Och, ca za ulga po długiej i żmudnej pracy w upale! No i, byłam czysta.
Kwadrans później byłam powrotem w ochronce. Mokra, ale zadowolona, bo upał nie dokuczał mi już aż tak bardzo.
- Coś ty taka mokra?!?
- Cóż, poślizgnęłam się na kamieniu i wpadłam do strumienia.
- Nawet nie myśl, że tym sposobem wynudzisz nowe ubranie!
- Oczywiście, że nie, towarzyszko Phlegmenkoff. Mam jeszcze to, które nosiłam jakiś czas temu. - Odparłam zuchwale. - Może trochę za małe, ale suche i cieńsze, od tego, które noszę teraz.
Oczywiście moim zachowaniem rozsierdziłam dyrektorkę, ale o dziwo, nie dała mi żadnej kary.

Tego wieczora po raz pierwszy w życiu zobaczyłam, że Phlegmenkoff potrafi być łagodna.
Właśnie wracałam z kuchni, przemycając jakieś jabłko, kiedy usłyszałam rozmowę dyrektorki z młodym chłopakiem.
- I uważaj na siebie, Michaił. Chyba zdajesz sobie sprawę, że mogą cię tam nawet zabić?
- Ciotuchna się nie martwi. Nie minie tydzień, a te zamieszki w Leningradzie* skończą się tak nagle jak się zaczęły, a wtedy przyjdę się pożegnać i wrócę do domu, cały i zdrowy.
Nigdy nie sądziłam, że Phlegmenkoff ma rodzinę! Zawsze myślałam, że nie ma nikogo, i dlatego jest taka zrzędliwa.
Później opowiedziałam to maluchom.
- Jak go traktowała? też nim pomiatała? - Zapytała jedna z dziewczynek.
- Nie. Była miła i nawet okazywała mu troskę!
Dzieci zaniemówiły. Od tamtej pory trochę inaczej myśleliśmy o dyrektorce.

Jeszcze tylko jeden, jedyny raz zobaczyłam dyrektorkę, która nie była wcieleniem Baby Jagi. To było w tydzień później, gdy do sierocińca zawitał młody milicjant.
- Towarzyszka Phlegmenkoff? - Zapytał stanąwszy w otwartych drzwiach ochronki.
- Tak, to ja. - Nie warknęła jak zwykła to robić. Wykazywała wręcz objawy przestrachu.
- Kazano mi przekazać, że wasz bratanek, Michaił Nikołajewicz, zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Nikt nie wie co się z nim stało.
Podsłuchałam całą ich rozmowę. I kiedy tylko dyrektorka zamknęła drzwi, pędem wróciłam do swojego pokoju, żeby, żeby mnie nie zauważyła.

- Hej, maluchy, chodźcie do mnie. Coś wam opowiem. - Zawołałam.
W chwilę później w pokoju może metr na metr, góra, zebrała się cała pięćdziesiątka dzieci.
- Przed chwilą podsłuchałam bardzo ciekawą rozmowę. Ale o tym ani słowa przy Phlegmenkoff, bo nas rozszarpie na strzępy. Pamiętacie jak wam opowiadałam, że dyrektorka ma rodzinę?
Dzieci tylko skinęły główkami, żeby nie robić zbyt dużego hałasu.
- Ten Michaił, to jej bratanek. Zaginął podczas zamieszek. Phlegmenkoff siedzi teraz załamana w swoim pokoju, więc dajmy jej spokój. Wiem, że ona nigdy nam go nie dawała, ale sytuacja jest wyjątkowa. A teraz jakby nigdy nic zajmijmy się swoimi sprawami.
Nie wierzyłam w to co mówiłam. Od kiedy przejmuję się nastrojem dyrektorki? Chyba zwyczajnie było mi jej żal. Wiedziałam dobrze co znaczy nie mieć rodziny.

Skończyłam 18 lat. Był styczeń 1926 roku.
Dziesięć lat minęło odkąd przybyłam do ochronki. Pomimo nowych odkryć o Phlegmenkoff, nadal jej nie znosiłam. Traktowała nas podle, a szczególnie lubiła dokuczać mnie. Zastanawiałam się dlaczego. Może przez moją upartość i zuchwalstwo? A może, przez to, że bez przerwy się jej stawiałam?

Tego dnia po raz pierwszy od niepamiętnych czasów Phlegmenkoff poszła po zakupy do wioski rybackiej, zostawiając nas pod opieką jednego z sąsiadów.
- Aniu, dlaczego dyrektorka nie posłała ciebie po zakupy? - Zapytała Annuszka, obecnie najmłodsza w ochronce.
- Sama chciałabym to wiedzieć. Wszystko okaże się popołudniu.

I rzeczywiście. Bawiłam się właśnie z najmłodszymi dziewczynkami, gdy usłyszałam skrzek dyrektorki.
- Aniu, masz natychmiast przyjść na dół!
"O co chodzi?" Pomyślałam. Na odpowiedź nie musiałam długo czekać. Phlegmenkoff podała mi szarożółtą, hmm, sukienkę, czarne, grube rajtuzy i brązowe buty.
- Przebierz się w to. Za pięć minut masz być gotowa.
Niezmiernie zaskoczona dobrym, jak na ubrania w ochronce, stanem ubrań. Nie połatane, nawet czyste i miłe w dotyku. Przebrałam się w pośpiechu i wróciłam na dół, gdzie spotkała mnie kolejna, miła niespodzianka. Na miejscu starej, podartej kapoty, wisiał trochę mniej zniszczony, ciemnozielony płaszcz, fioletowe rękawiczki i szalik. Tylko czapka pozostała ta sama.
Dyrektorka kazała mi się w to wszystko ubrać, po czym wypchnęła mnie na zewnątrz.
- Załatwiłam ci pracę w przetwórni ryb. Ten gościniec doprowadzi cię aż do rozstaju dróg. Idź w lewo!
Dzieci przylgnęły do okna i wołały zdziwione:
- Ania, Ania, dokąd idziesz?
- Papa, do zobaczenia kochani! - Wołałam nie zwracając większej uwagi na to co mówi dyrektorka.
- Słyszałaś? - Warknęła.
- No pewnie, towarzyszko Phlegmenkoff.
Dyrektorka się wściekła.
- Dałaś się we znaki nam wszystkim, kochaniutka ty moja. Nikt cię nie zdołał złamać. Zachowywałaś się jak jakaś księżna, a przyszło to z nikąd. Żałosne, zagłodzone i nie ma w ogóle wdzięczności.
- Żałosne, zagłodzone i nie ma w ogóle wdzięczności. - Przedrzeźniałam dyrektorkę.
- Jak to jest, że chociaż nic nie zapamiętałaś ze swojego dzieciństwa, potrafisz spamiętać to wszystko?
- To moja przeszłość. - Zaoponowałam.
- A. Wiem, "Razem w Paryżu", co? Jedziesz teraz do Francji odnaleźć swoich bliskich, tak?
- Mhm.
- Kochana Ania. - Powiedziała słodko. - Znajdź sobie miejsce w życiu! Już czas najwyższy i dosyć tych bzdur! "Razem w Paryżu". - Krzyczała, potwornie przy tym kaszląc. - Co za niewdzięcznica! - Kolejny atak charczącego kaszlu.

- Co za niewdzięcznica. - Przedrzeźniałam dyrektorkę, będąc już na rozstaju dróg. - Idź w lewo. Powiedziała.
Wiedziałam co jest na lewo. Jeśli bym tam poszła to na zawsze pozostałabym sierotą. Ale jeżeli skręciłabym w prawo?
- Daj mi jakiś znak, jaki chcesz! Cokolwiek! - Wołałam patrząc w niebo. Opadłam z rezygnacją na zaspę, tuż pod drogowskazem.
-Hau, hau! - Usłyszałam za moimi plecami, a w sekundę później leżał przede mną mały, szary piesek, radośnie merdając ogonkiem.
- Nie mam teraz czasu na zabawy, jasne? - Trochę za ostro zbeształam szczeniaka. - Ja czekam na znak.
Pies nic sobie z tego nie robił i bawił się moim szalikiem. W końcu zaczęłam mu go wyrywać, ale bezskutecznie. Szczeniak okręcił mnie szalikiem dookoła, tak, że wylądowałam w zaspie, twarzą w stronę Petersburga ...

Pojęłam, to był mój znak. Ruszyłam za psem. I tak zaczęła się największa przygoda w moim życiu. Ruszyłam drogą wprost, żeby znaleźć dom, miłość i rodzinę. Zakończenie tej podróży było nieoczekiwane - zaginiona księżniczka Anastazja odnalazła się dzięki pomocy fałszerza z Petersburga i jego planowi zdobycia 10 milionów rubli. I to właśnie ten fałszerz okazał się tym jedynym. To z nim teraz prowadzimy naszą ochronkę w Paryżu.

Może komuś się wyda, że piszę brednie. Jak to możliwe, że sierota okazała się córką cara? Jak to się stało, że Grand Duchess zrezygnowała z dostatniego życia, tylko po to, żeby związać się z rosyjskim fałszerzem, który kiedyś był jej służącym?
Życie pisze różne scenariusze. Ale nawet kiedy wydaje się, że tracimy nadzieję, spotkamy na swojej drodze, kogoś, kto przypomni nam, że to dopiero początek. Ja właśnie kogoś takiego spotkałam. I chciałabym, żeby żadna sierota nie traciła nigdy nadziei na spełnienie swoich marzeń. Nawet tych najbardziej szalonych.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Kamahontas dnia Pon 0:44, 25 Cze 2012, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Anya
Członek Dumy



Dołączył: 24 Cze 2012
Posty: 43
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 20:43, 25 Cze 2012    Temat postu:

Faaajne! Very Happy Zwłaszcza mop przypominający włosy dyrektorki Razz Very Happy Piszesz jeszcze jakieś opowiadania niezwiązane z "Anastazją"?

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kamahontas
Cesarzowa Wszechrusi



Dołączył: 10 Cze 2012
Posty: 59
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kraków

PostWysłany: Pon 21:07, 25 Cze 2012    Temat postu:

Oj tak. Choć chyba najwięcej mam związanych z "Anastazją", ale głównie piszę po angielsku. A oprócz Anastazji, to jeszcze zdarza mi się "Pocahontas", "Dzwonnik z Notre Dame" i ostatnio "Zaplątani". Mam też na koncie własne opowiadanie (original fiction), ale też po angielsku. Bardzo mało polskiego używam w pisaniu, mimo, że jestem Polką. Tylko jakoś tak o "Zaplątanych" piszę po polsku, żeby łatwiej mi było wrzucać na forum o tym filmie.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Anya
Członek Dumy



Dołączył: 24 Cze 2012
Posty: 43
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 21:11, 25 Cze 2012    Temat postu:

Jej, to tym bardziej podziwiam Smile No i czekam na następną "Anastazję" Smile

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kamahontas
Cesarzowa Wszechrusi



Dołączył: 10 Cze 2012
Posty: 59
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kraków

PostWysłany: Pon 21:23, 25 Cze 2012    Temat postu:

A, to zapraszam na [link widoczny dla zalogowanych] Znajdziesz tam chyba wszystko co do tej pory naskrobałam, ale po angielsku, więc nie wiem czy Cię to satysfakcjonuje...

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Anya
Członek Dumy



Dołączył: 24 Cze 2012
Posty: 43
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 21:28, 25 Cze 2012    Temat postu:

Dobre i to Wink

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Anastazja Strona Główna -> Fanfiction Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Emule.
Regulamin